Księga gości
Wpisz się
Zobacz

Archiwum

2005
grudzień
listopad


Linki

The other ones
Virgin Marvel
Mroczek
Katy Brink
Anna Lee




Some new problems...
Nota dedykowana Ann, bez której ten blog pewno by nie zmartwychwstał i pewno by umarł śmiercią tragiczną chwilę po zmartwychwstaniu xD Tak wiem mieszam. No w każdym razie nowa nota dzięki niej xD

----------------------------------------

6.12.1976 (poniedziałek)
Dzień rozpoczął się jak każdy inny. Promiennie słoneczne przebijały się przez szybę, rozświetlając całe dormitorium. Wykazałem się nadmiernym wysiłkiem przewracając się z boku na bok. Mruknąłem jeszcze coś nie zrozumiale, nakryłem się kołdrą, chcąc pospać jeszcze chwilę. Tylko parę minutek. Przecież to nikomu nie zaszkodzi.
-Tylko tobie, bo spóźnisz się na lekcje. – Usłyszałem znajomy głos. Od razu dopasowałem go do William’a. Zanim wydostałem się na powierzchnie spod sterty materiału zdążył się ulotnić. Westchnąłem cicho, co się ostatnio ze mną dzieje? Normalnie tyle nie sypiałem.
Chcąc nie chcąc zebrałem się do kupy, doprowadziłem się do stanu używalności, narzuciłem szatę na jakieś stare ciuchy i po wzięciu torby mogłem udać się na dół. Idąc korytarzem rozmyślałem głównie o naszej drużynie Quidditcha. Najwyraźniej do dzisiaj nie potrafiłem pogodzić się z porażką. Przegrać pierwszy mecz w sezonie, w dodatku tyloma punktami. Gdyby chociaż udało im się zdobyć więcej bramek. Zatrzymałem się przy jednym z okien, dotknąłem dłonią chłodnej szyby. Wodziłem chwile po niej palcem, obserwując obszar wokół zamku. Niestety boisko nie było po tej stronie, jeśli będę na tyle głupi, aby wyrywać się stąd na takie zimno, to może przejdę się i tam. Dotarłem do ruchomych schodów, które jak zwykle zaprowadziły mnie tam gdzie nie chciałem. Męczyłem się z nimi co najmniej kwadrans, a pragnę przypomnieć, że nie miałem czasu! Złośliwość rzeczy martwych. Kiedy wreszcie udało mi się dotrzeć do Wielkiej Sali nie zastałem tam zbyt wiele osób. Większość udała się na lekcję. Usiadłem przy stole Krukonów pochłaniając pospiesznie tosty. Właśnie zamierzałem skończyć, gdy tuż obok mnie przeleciało niezidentyfikowane coś z dosyć sporą szybkością. Rozejrzałem się zdezorientowany. Owe coś dopadło do stołu, zaczynając pospiesznie zgarniać wszystko co się dało. Początkowe zdziwienie, zostało zastąpione rozbawieniem.
-Scarllet, co ty wyprawiasz? – Zaśmiałem się, nie spuszczając z niej wzroku. Moja młodsza siostra rozpoczęła dopiero naukę w Hogwarcie, pierwszy rok. Tradycji stało się zadość, również ona dostała się do Ravenclaw’u. Ciemne loczki okalały jej jeszcze dziewczęcą twarzyczkę. Brązowe duże oczy w tym momencie skupiły się na mojej osobie.
-Co ty tu robisz? Zajęcia się zaraz zaczną? Nie powinieneś już być przy klasie? – Mówiła szybko, znowu rozpoczęła szaloną gonitwę przy stole.
-Tak, jasne. Kto to mówi. Ta, która sama nie zdąży na lekcje. – Rozczochrałem jej te śliczne ciemne loczki, za co pewnie by mnie najchętniej zabiła.
Opuściłem siostrzyczkę. W jednym miała rację, raczej nie pragnąłem się spóźnić. Pobiegłem korytarzem, nie zwracając uwagi na przechodzących uczniów. Postacie na obrazach poruszały się leniwie, jak zawsze rano. Zatrzymałem się przy jednym, gdzie kilka osób latało na miotłach. Zdecydowanie zbyt wiele przypominało mi teraz ten tragiczny mecz.
Nie było więc większym zdziwieniem dla mnie, kiedy okazało się, iż większość zajęć zamiast spędzić na skrupulatnym notowaniu wszelkich reguł, zasad, czy informacji, to latałem w obłokach. Rzecz jasna na miotle. Żałowałem tylko, że nie mogę się wyrwać z tej dusznej sali.
-Law może ty odpowiesz na to pytanie? – To krótkie pytanie wyrwało mnie z dziwnego stanu otępienia. Spojrzałem nieco niepewnie na profesora. Wstałem, oparłem dłonie na blacie stołu.
-Tak… Naturalnie… - powiedziałem dość cicho. – Więc…
-To jedno z silniejszych zaklęć rozbrajających. – Wyrwała się jakaś dziewczyna z tylniego rzędu, ratując tym samym mnie od odpowiedzi. Westchnąłem z ulgą, co nie uszło uwadze profesora. Zmierzył tylko poirytowanym spojrzeniem tą, która raczyła się odezwać nieproszona.
-A tobie co dolega? – zagadał siedzący obok Frank. – Niech zgadnę… Zakochałeś się na zabój w kimś kto jest nieosiągalny. Nie możesz przestać o niej myśleć. I zastanawiasz się jak pozbyć się potencjalnych konkurentów. – Nie wiedzieć czemu dwa ostatnie słowa bardzo podkreślił.
-Co ci strzeliło do łba? – prychnąłem cicho, nawet na niego nie patrząc. Ten to ma pomysły. – Wspominałem nasz jakże udany mecz.
-Tak jasne. – Uśmiechnął się w sposób, który zdecydowanie mi się nie podobał. – To oficjalna wersja, co?
-Bredzisz Frank. – Oparłem głowę na dłoniach, wpatrując się tępo przed siebie.
-Myślisz, że…
-Frank… Zamknij się… - O dziwo poskutkowało. Chłopak odwrócił się, najwyraźniej znalazł kolejną osobę do poprowadzenia ciekawej konwersacji.
Przez kilka minut zastanawiałem się o czym właściwie mógł mówić. Pewnie kolejne głupie pomysły zrodzone w jego pustej łepetynie. Jakim cudem ktoś taki jak on dostał się do Ravenclaw’u, do dzisiaj nie potrafię pojąć. Hogwartu ma wiele tajemnic. Na pewno przekupił tiarę przydział. Uśmiechnąłem się lekko sam do siebie. Hogwartu… To już siódmy rok. Jak ten czas szybko mija. Nie mam pojęcia co też mnie wzięło na takie rozpamiętywanie przeszłości, lepiej wrócić do rzeczywistości, jeśli nie mam ochoty ponownie stać się ofiarą profesora.
Dzwonek, wybawienie od nudów. Po skromnym śniadaniu padałem z głodu. Dostać się jak najszybciej do Wielkiej Sali i zająć się pałaszowaniem talerza. Tak, główny cel w tej chwili. Wyszedłem z klasy, ruszyłem za grupą, która również zmierzała na obiad. Stare zamkowe mury nadal działały na mnie w ten dziwny, mistyczny sposób. Sprawiały, iż czułem się jak bohater jakieś wspaniałej książki, w której dzielna postać odkrywa powoli każdy zakamarek tajemniczego miejsca, a zagadki powoli układają się w logiczną całość. Niekiedy zdarza się, że trafiam wieczorem na pusty, ciemny korytarz. Wtedy zawsze idąc przed siebie wyobrażam sobie, jakby to było… Ktoś uderzył we mnie z impetem. Wylądowałem na ścianie, torba upadła na podłogę z hukiem, zawartość się wysypała. No po prostu cudownie. Nie zwróciłem zbytniej uwagi na postać nadal stojąca obok. Począłem szybko wkładać rzeczy z powrotem. Pozostała jedna ksiązka, ale podniósł ją tamten chłopak. Spojrzałem na niego, mając już prosić o zwrot. Kiedy jednak zorientowałem się kto to taki jęknąłem ze zgrozą. Ze wszystkich osób w Hogwarcie trafiłem akurat na niego.
-Olivier, dawaj to! – warknąłem przez zaciśnięte zęby.
-Uważaj jak chodzisz Law, następnym razem możesz nie mieć takiego szczęścia i takie spotkanie skończy się dużo gorzej. – Ślizgom uśmiechnął się perfidnie, przerzucając księgę do drugiej ręki. – A cóż to ciekawego czytasz? – Spróbował ją otworzyć, ale okazało się to niemożliwe. Kolejna próba, ten sam skutek. Dopiero teraz przypomniałem sobie o tomie znalezionym w bibliotece. Do tej pory go nie oddałem, nawet nie starałem się otworzyć. Całkiem wyleciał mi z głowy ten epizod. – Co to za sztuczki? – Nie wyglądał na zachwyconego. Tym lepiej.
-Nie umiesz sobie poradzić z niewielkim tomem Olivier? Widzę, że w Slytherinie nie uczą was jeszcze tak skomplikowanych czynności. – Teraz to moja kolei, aby się złośliwie uśmiechnąć. Wpatrywałem się z dziką satysfakcją jak ten ciemnowłosy siódmoklasista próbuje się z tym uporać.
-Przymknij się! – Odrzucił zgubę, co przyjąłem z niejaką ulgą. Pospiesznie schowałem ją do torby, tam gdzie jej miejsce. Marcus Olivier podszedł pewnym krokiem, pchnął na ścianę. Dotknął palcem wskazującym piersi, świdrując mnie tymi brązowymi oczyma. – Posłuchaj mnie uważnie Law. Nie waż się odzywać do mnie takim tonem, rozumiesz? Chyba, że chcesz marnie skończyć. – Nie dał mi nawet czasu na odpowiedź. Odwrócił się i tyle go widziałem. Kretyn. Niestety chyba każdy ma swoich wrogów w tejże szkole.
Kiedy tylko zaznałem chwili spokoju ponownie wyciągnąłem tomik. Spróbowałem go otworzyć tradycyjną metodą bezskutecznie, co mnie zbytnio nie zdziwiło. Wyjąłem różdżkę przejeżdżając nią po oprawie. Żadnego efektu. Ciekawe czy istnieje jakieś zaklęcie, które potrafi ją otworzyć? I co też może skrywać? Chciałem spróbować czegoś jeszcze, ale odezwał się brzuch domagając się posiłku. No więc księga ponownie musi poczekać. Ruszyłem do Wielkiej Sali, aby wreszcie się najeść. Oj tak, umierałem z głodu.
Zasiadłem przy stole, zerknąłem jeszcze na strop. Zamiast tradycyjnego sufitu widziałem niebo, nieco zachmurzone. Sypał lekko śnieg, ale żadne z płatków nie dosięgały głów uczniów. Jak ja kochałem ten widok. Zdecydowanie w tym zamku wiele mi się podobało. Właśnie jadłem obiad gdy usłyszałem rozmowę dwóch dziewczyn z mojego roku.
-Słyszałaś podobno jakiś chłopak chce odbić dziewczynę Syriuszowi! - Zapiszczała jedna z nich, mało nie gubiąc książek z podniecenia.
-A niech mu ją odbije, może wreszcie mnie zauważy - wyrzuciła z siebie druga rzucając pełen zazdrości wzrok na Black’a, który właśnie wszedł do Wielkiej Sali idąc za rękę z Anną. Usłyszałem pomruk dziewczyn które wbijały pełne wyrzutu spojrzenia w Lee.
-Cześć brachu - John usiadł koło mnie. - Stary w łazience na piątym piętrze to ty napisałeś?- Mało nie zakrztusiłem się dyniowym sokiem.
-Co? - Z trudem powstrzymałem się, aby nie krzyknąć. - A co tam jest napisane?- spytałem nie wiedząc za bardzo o co się rozchodzi.
-Pisze „Black ty szujo Anna Lee jest moja!” podpisane Law - zacytował szczerząc się do mnie niemiłosiernie. Wytrzeszczyłem na niego oczy.
-Nie wiem kto to zrobił, ale nie ujdzie mu to na sucho. – Wtedy poczułem na swoim ramieniu czyjąś dłoń.
-Pozwól na chwilkę. - Zobaczyłem rozczochranego okularnika, znanemu niektórym jako James Potter. Wstałem, po czym ruszyłem tuż za Gryfonem ku wyjściu.
-Teraz słuchaj, nie wiem skąd wzięło ci się na takie wyznania i w ogóle taki pomysł. Ale to jest dziewczyna mojego kumpla i jak tylko spróbujesz, się do niej zbliżyć nie liczę ze siebie. A wierz mi znam parę dobrych klątw. - Spojrzał na mnie znad okularów po czym odszedł nie dając dojść mi do słowa. Stałem przez chwile układając sobie to co usłyszałem w głowie. Wtedy też zobaczyłem swojego trzynastoletniego brata idącego sobie jak gdyby nigdy nic na obiad. Wyglądnął jak moja mniejsza kopia tyle że jego włosy były trochę dłuższe i lekko się kręciły.
-Cześć braciszku - rzucił przechodząc obok mnie. Wtedy mnie olśniło.
-Shaw draniu!- wrzasnąłem, ale ten już zwiewał drugimi schodami w górę. - Zabije cię!
Pościg zakończył się w miarę szybko. Na szczęście mój braciszek nie biegał zbyt szybko. Dorwałem go, podniosłem za szatę i przyszpiliłem do ściany mierząc go wściekłym spojrzeniem. Najchętniej rozerwałbym go teraz na tysiące małych kawałeczków.
-A teraz mój drogi… - syknąłem z trudem panując nad złością. – Powiedz… Mam cię utopić w jeziorze, zamknąć na dobę w lochach, czy też może wystarczy, że pogruchotam ci kości?
- A co powiesz na to. Odstawisz swojego kochanego brata grzecznie na podłogę, pozwolisz odejść i zapomnimy o całej sprawie? – Wyszczerzył się rozbrajająco, najwyraźniej nie dostrzegając powagi sytuacji. I czemu tu się dziwić? Bachor ma dopiero trzynaście lat, nie wie co dzieje się wokół. I w dodatku…
-Eee… Chwila moment… Dlaczego w ogóle to napisałeś? – zadałem nurtujące mnie pytanie. Raczej dość dziwne, aby zrobił to wyłącznie dlatego, aby mi dopiec.
-Pani profesor! On mi robi krzywdę! – wrzasnął najgłośniej jak potrafił dzieciak. Początkowo sądziłem, że usiłuje wykręcić kolejny numer, często mu się to zdarza. Przyzwyczaiłem się. Teraz jak na złość jednak profesorka znalazła się na miejscu.
-Panie Law proszę odstawić brata na podłogę – rzekła nad wyraz spokojnym tonem. – Miło będzie pana zobaczyć dzisiejszego wieczoru u mnie w gabinecie. Jak i przez kolejne cztery dni.
-Shaw! Jesteś martwy! – syknąłem cicho w jego stronę.
-Coś pan mówił? – Nauczycielka zmierzyła mnie wzrokiem.
-Nie skąd, ja siedzę cicho.
Tym oto sposobem dorobiłem się szlabanu, trafiłem na czarną listę Potter’a i Black’a, Czy mogło być lepiej? Ten poniedziałek zapamiętam na długo. A co do Shaw’a. Zwiał korzystając z chwili nieuwagi. Dorwę go później. Teraz wracam na obiad.

r-a-v-e-n 2005-12-19 22:24:18
skomentuj (6)
Trening
13.11.1986 Sobota
Tydzień minął bardzo szybko. Zanim zdążyłem się spostrzec nastała sobota. Wciąż miałem pretensje do siebie o ostatni mecz. Zagraliśmy tragicznie, w dodatku przegraliśmy z drużyną, której powinniśmy się najmniej obawiać. Wolałem nie myśleć co też się stanie jak nadejdzie dzień meczu z Gryfonami.
-Thomas! – Usłyszałem znajomy głos. Mruknąłem tylko coś w odpowiedzi, po czym wykazałem się nadludzkim wysiłkiem i przewróciłem się na drugi bok, wtulając głowę w poduszkę. Okryłem się szczelniej kołdrą, nie zamierzając wyściubić nosa z dormitorium przez cały dzień.
-Won! Nie ruszam się nigdzie! – warknąłem, kiedy ktoś zaczął walczyć o moją narzutę. – Łapy precz, albo uduszę!
-Ciekawe jak zareagujesz kiedy się dowiesz, że powinieneś właśnie być na boisku. Anna udusi cię gołymi rękami. Trudno sobie wyobrazić trening bez jednego zawodnika. – Wypadłem z łóżka taranując po drodze John’a, jednego ze współlokatorów. Słyszałem tylko głośny śmiech chłopaków kiedy usiłowałem doprowadzić się do stanu używalności. – Nie zabij się po drodze.
-Milcz! – wrzasnąłem rozglądając się po pomieszczeniu w poszukiwaniu swojej szaty do gry. – Ślicznie cię proszę John… - zacząłem przesłodzonym głosem. – Zamknij się!
-Coś ty taki nerwowy dzisiaj? – Wtrącił się Frank, podnosząc swoje łaskawe cztery litery z łóżka.
-Czemu nikt nie powiedział mi wcześniej o treningu? – Dopadłem do kufra, wyrzucając z niego wszystko po kolei. – Gdzie ta cholerna szata?!
-Masz na myśli tą, którą zostawiłeś w przebieralni po ostatnim jakże udanym meczu? – John wyszczerzył się rozbrajająco jak to miał w zwyczaju robić.
-John… Powiedz mi coś… Jakim cudem wytrzymałem z tobą te kilka lat? – Spiorunowałem go wzrokiem, marząc o tym aby rzucić na niego teraz jakiś urok, z którym nie poradziłby sobie do końca przyszłego tygodnia.
-Nie mam bladego pojęcia! W każdym pamiętaj… Kiedy ty będziesz śmigał na miotle na tym mrozie, my w tym czasie wygodnie ułożymy się w Pokoju Wspólnym tuż przy kominku z gorącą herbatą.
-Zabiję cię! – Ten typ wyjątkowo działał mi na nerwy tego dnia. – Ale dopiero jak wrócę. – wypadłem z dormitorium wciąż słysząc jego głupi chichot. Kto go w ogóle wpuścił do Ravenclaw’u. Po drodze zabiłbym jakiegoś trzecioklasistę.
Bieg przez cały zamek okazał się nie lada wyczynem, zanim dotarłem na boisko byłem wykończony jakbym kilkugodzinny trening miał już za sobą, a przecież to dopiero początek! Ze zgrozą stwierdziłem, iż każdy już jest. Dlaczego nikt mnie wcześniej nie uprzedził. Pospiesznie się przebrałem, o dziwo John nie kłamał. Strój znajdował się tam gdzie powiedział. Na trybunach zauważyłem dwójkę starych graczy, trzeba przyznać naprawdę dobrych. Ciekawe co też tu robią? Zanim zdążyłem się kogokolwiek spytać, czy dokładniej przeanalizować sytuację musiałem wejść na miotłę i wzbić się w powietrze. Najpierw kilka rundek wokół bramek, parę wymachów. Zdecydowanie nie czułem się na siłach, aby dzisiaj przećwiczyć cokolwiek. No ale skoro wspaniała pani kapitan tak zaleciła, nie zamierzał się wykłócać. Anna wypuściła najpierw znicz, Chad nie wyglądał na zachwyconego patrząc jak ten oddala się coraz bardziej, aż wreszcie zniknął z oczu. Biedny chłopak, nie chciałbym być na jego miejscu. Nie widziałem się w roli szukającego. Moja aktualna pozycja bardzo mi pasowała. Colin o mało nie oberwał tłuczkiem, zdołał się na szczęście uchylić. Najpierw obrona, Andrew spisywał się całkiem nieźle. Pokazał już swoje zdolności podczas meczu z Puchonami, mimo tego, że przegraliśmy nie można było powiedzieć, iż źle się spisywał. Potem atak, gdzie ja miałem do powiedzenia swoje trzy grosze. Słowa Anny dochodziły do mnie z lekkim opóźnieniem, bardziej wracałem uwagę na latające wokół tłuczki, niż na nią samą. Po dwóch godzinach męczarni, kiedy to większość dawała z siebie wszystko, a może nawet i więcej pojawił się kapitan Ślizgonów ze zgodą na przejecie boiska. Przyjąłem to z niejaką ulgą. Wylądowałem z trudem utrzymując się na nogach, przez to wszystko nie zdążyłem zjeść śniadania. Pierwsze kroki więc skierowałem właśnie do Wielkiej Sali, żeby móc wreszcie coś przekąsić. Cokolwiek, nawet takie malutkie coś by wystarczyło. Naprawdę nie wymagałem zbyt wiele. Kiedy wreszcie zaspokoiłem głód, wróciłem do dormitorium. Przebrałem się, ściągając ubrudzoną szatę. Ziewnąłem przeciągle się, przez kilka minut zastanawiałem się czy nie przespać by reszty soboty. Ten pomysł szybko jednak został odrzucony. Frank oraz John musieli gdzieś wyjść, gdyż nie spotkałem ich ani tu, ani we wspólnym. Inna sprawa miała się z William’em, ten siedział pogrążony w lekturze jakieś starej księgi. Poklepałem go lekko po ramieniu, przywracając tym samym Do rzeczywistości. Rozglądnął się na wpół przytomnie poprawiając okulary, które zsunęły się z nosa.
-Co się dzieje? – Wreszcie doszło do niego gdzie jest i z kim. – Thomas. Coś nie tak?
-Wybieram się do biblioteki. Zostajesz, czy może przejdziesz się ze mną? – zapytałem zupełnie obojętnym tonem. Kiwnął tylko głową i po chwili maszerowaliśmy pustymi korytarzami w kierunku miejsca, które większość normalnych uczniów unika jak ognia zwłaszcza w sobotnie popołudnia. - Nad czym pracujesz?
-Referat z eliksirów. Różnice między dwoma niezwykłymi miksturami…
-Tak, tak… - westchnąłem cicho przygotowując się na wywód na jakże interesujący temat. Nie żebym nie lubił eliksirów, po prostu w tym momencie ostatnią rzeczą o jakiej pragnąłem słuchać to referat, za który sam się jeszcze nie zabrałem. Oj panie Law, staczasz się.
-… wiedziałeś, że różnica w jednym składniku może mieć tak duży wpływ na cały efekt? – pytał podekscytowany. Nie zdążyłem nawet odpowiedzieć, a kontynuował wypowiedź. A mogłem zostawić chłopaka w spokoju.
W bibliotece nie zauważyłem byt wiele osób. Jakaś Krukonka ślęczała nad olbrzymią księgą, która musiała ważyć co najmniej tyle co ona. Grupa Gryfonów siedziała w kącie śmiejąc się cicho, ciekawe co też robią tutaj uczniowie tacy jak oni. To dość niespotykany widok. William odszedł gdzieś na bok, przeszukując kolejne regały, ja natomiast mogłem w ciszy porozglądać się za tym co interesuje mnie. Nie ma to jak w ramach relaksu poczytać sobie coś ciekawego. Przejeżdżałem palcem po okładce każdego tomu, wyczytując tytuły.
-Nie… To też nie… To czytałem… To nie pasuje… To też już miałem… - mruczałem pod nosem. Pewnie straciłbym kolejną godzinę na takiej zabawie, gdyby nie fakt, że potknąłem się o coś perfidnie położonego akurat na mojej drodze. – Co do…? – Mój wzrok padł na leżącą na ziemi książkę. Nic nadzwyczajnego. Gruba oprawka, złote litery na okładce układały się w jakiś napis, co prawda nie potrafiłem go odczytać, ale to najmniej istotny szczegół. Podniosłem ją ostrożnie, otrzepując z kurzu. Nie wyglądała na starą, raczej na coś co niedawno się znalazło w zbiorze szkolnej biblioteki. Obejrzałem znalezisko dokładnie z każdej strony, ale tak samo jak na pierwszy rzut oka niczego dziwnego nie dostrzegłem. Zresztą czego się spodziewałem? Tajemniczej księgi z zaklęciami, których nikt w życiu nie widział? Śmieszne. – No to zobaczymy co też ciekawego kryjesz… - Zamierzałem ją otworzyć, ale nie ważne jaką siłę bym w to włożył okładka ani drgnęła. Złote litery zaczęły połyskiwać nieco bardziej, a może to tylko moja własna wyobraźnia? Spróbowałem jeszcze raz, z podobnym skutkiem. Wzruszyłem ramionami chowając przedmiot do torby zawieszonej na ramieniu, później się tym zajmę na razie mam ważniejsze rzeczy doz robienia. W ostateczności wybrałem dwie inne, zapominając całkiem o tym dziwnym znalezisku. Zostawiłem Williama samego, powiedział, że ma parę rzeczy do przeczytania, a bibliotekarka nie bardzo kwapi się do wypożyczenia tytułów, które wybrał. W Pokoju Wspólnym panowała cisza, normalka. Usiadłem na jednym z foteli, kładąc torbę tuż obok. Wyciągnąłem pierwszą z brzegu księgę, pogrążając się w lekturze.

r-a-v-e-n 2005-11-28 14:19:45
skomentuj (2)
Mecz
No i dla odmiany zacznę pisać znowu kolejne opowiadanie. I znowu zwiazane z Hogwartem. Oczywiście nic takiego nie musiałbym robić, gdyby nie pewna dyktatorka. Nie bede wskazywał palcem xP Notka jest jaka jest, może nie doskonała, no ale... Może z czasem się rozkręce xD W każdym razie the game is begin...
----------------------------------------
07.11.1986 Niedziela
Leżałem na ławce w przebieralni. Wpatrywałem się uparcie w sufit jakbym widział tam coś niezwykle atrakcyjnego. Dotarłem tutaj wcześniej niż inni gracze, toteż zdążyłem się przebrać zanim pozostali się pojawili. Krzątali się pospiesznie po pomieszczeniu zakładając granatowo szare stroje, kolory Ravenclaw’u. Praktycznie wszyscy byli nowi. Uczniowie wchodzący w skład starej drużyny skończyli już naukę, toteż pozostała tylko jedna dziewczyna. Anna Lee Blid, kapitan. Nie zazdrościłem jej, poprzedniego dnia miała nie lada orzech do zgryzienia. Wybrać od nowa cały skład spośród tych wszystkich dzieciaków, które z trudem utrzymywały się na miotle. Nieliczni dawali sobie jakoś radę. Do umysłu wdzierały się niepokojące myśli. Chyba nie wierzyłem w nasze zwycięstwo. Nie jesteśmy w ogóle zgrani, nikt nic nie wie o reszcie, trudno grać z kimś kogo praktycznie się nie zna. Usiadłem, byli prawie gotowi. Podszedłem do okna, niewiele stąd widziałem, ale na tyle aby przeszedł mnie po plecach nieprzyjemny dreszcz. Kiepska pogoda nie zniechęciła widzów, większość z miejsc została już zajęta przez uczniów. Wysokie wieżyczki górowały nad drzewami rosnącymi nieopodal. Zamek ginął w lekkiej mgiełce, toteż widziałem wyłącznie jego zarys. Westchnąłem cicho, wczoraj Anna przyjęła mnie do zespołu. Nie należałem do najlepszych graczy, ale pewnie stwierdziła, iż nie ma nikogo lepszego na to miejsce. Mimo wszystko przewyższałem umiejętnościami trzecioklasistów, których znalazło się tam od groma. W szybie dostrzegłem własne odbicie. Kasztanowe włosy jak zwykle nie uczesane, wydawać by się mogło, iż każdy kosmyk odstaje w innym kierunku. Właściwie już dawno przestałem się z nimi bawić, podobały mi się takie jak są. Przejechałem po nich dłonią, uśmiechając się lekko do samego siebie. W brązowych oczach widziałem pomarańczowe iskierki, nie często je widać. Tylko wtedy, gdy się boję lub jestem podekscytowany.
Nie wiedząc czemu przypomniałem sobie pierwszy przyjazd do Hogwartu. Jazda pociągiem z Londynu, poznanie kilku ludzi w przedziale. Potem wyprawa z Hagridem przez jezioro, aż wreszcie ceremonia przydziału. Denerwowałem się jak diabli, praktycznie nic do mnie nie docierało. Wyłącznie głos nauczycielki wymawiającej po kolei imiona uczniów, aż wreszcie usłyszałem moje.
-Thomas Law!
Wyszedłem niepewnie na przód. Czułem jak nogi się pode mną uginały. Dlaczego w takich chwilach zawsze uchodziło ze mnie życie? Spojrzenia innych utkwionych w mojej postaci. Zamknąłem oczy, przełknąłem ślinę. Serce waliło jak oszalałe, co najmniej jakbym stanął przed rozjuszonym hipogryfem. Tiara wylądowała na głowie, przysłoniła mi oczy. Nie widziałem już Wielkiej Sali, a wyłącznie ciemność. Słyszał dookoła cichy głos, pełen pasji, a także czegoś jeszcze… Wiedzy, tak. Ton tak mądry, można by rzecz, iż wszechwiedzący.
-Ravenclaw!
Podniosły się krzyki, radosne śmiechy. Ruszyłem nieco uspokojony do stołu Krukonów. Tak od tego dnia stałem się częścią tego domu. W głębi serca bardzo się cieszyłem. Poczułem wielką ulgę, kiedy usłyszałem głos tiary. Dostałem się tam gdzie chciałem się dostać, to było najważniejsze.
-Thomas! – Ktoś krzyknął mi wprost do ucha. – Wychodzimy, zbieraj się. – Wróciłem do rzeczywistości. Pogrążanie się we wspomnieniach w takich chwilach nie należało do mądrych pomysłów. Mogłem to sobie zostawić na wieczór, kiedy z książką siedzę przy kominku w pokoju wspólnym.
Zaraz po tym jak drzwi się otworzyły poczułem narastający chłód. Wiatr uderzał w twarz, zasłoniłem oczy rękawem chcąc dojść jakoś do boiska. Raczej kiepska pogoda jak na pierwszy prawdziwy mecz w jakim brałem udział w charakterze gracza, a nie widza. Przygotowanie się do gry zajęło nam następne dwie minuty.
-Pierwszy mecz w tym sezonie. Ravenclaw przeciwko Hufflepuff. – Pani Hooch, która jak zwykle sędziowała przy meczach Quidditcha trzymała w rękach swoją miotłę, a także walizkę, w której schowano kafle oraz znicz. – Drużynę Krukonów reprezentuje. Anna Lee, Adam Lane, Milo Preston, Colin Cash, Thomas Law, Andrew Kane oraz Chad Smith. Drużynę Puchonów natomiast Andy Corrins, Moren Jude, Nick Look, Dakota Flight, Nash Look, Darcy Morgan, MacKirk. Proszę kapitanów o uściśnięcie sobie dłoni. – Jak tez im kazano tak też uczynili. Anna wyglądała na nieco przejętą całą sytuacją. Nic dziwnego. Pierwszy mecz, nowy skład. Nie wiadomo jak się spiszą.
-Na miotły! – usłyszałem głos Pani Hooch. Byłem gotowy, teraz tylko się odbić. – Zaczynajmy!
Wystartowałem. Tak początek wyszedł bardzo dobrze, w ciągu kilku sekund wzbiłem się wysoko ponad głowy pozostałych graczy. Rękę zacisnąłem na miotle nie chcąc utracić nad nią panowania. W drugiej dłoni trzymałem pałkę. Pora rozwinąć skrzydła. Zanurkowałem dostrzegając tłuczek, leciał prosto w szukającego. Szybciej… Szybciej… Uderzenie. Pałkarz przeciwnika miał nie lada trudności, aby zablokować ten atak. Uśmiechnąłem się. Może jednak nie będzie tak źle?
Zawodnicy krążyli po całym boisku, gdzieś w tle słyszałem krzyki rozentuzjazmowanego tłumu. Szukający obu drużyn wypatrywali znicza, który jeszcze się nie pojawił. Dla mnie nie to było ważne, rozglądałem się za tłuczkami. Musiałem pilnować swoich. Jeden z nich leciał wprost w naszego obrońcę. Ciekawy sposób, wyeliminować go, a potem zdobywać bramki. Mowy nie ma. Zanurkowałem zbliżając się w zastraszającym tempie do ziemi. Tuż przy niej, poderwałem miotłę do góry, tak że teraz ze znaczę szybkością zbliżałem się do obręczy. Dzięki temu manewrowi udało mi się dostać między naszego Obrońcę, Andrew Kane’a, a tłuczek. Potem tylko zamach, uderzenie i owy tłuczek leci już prosto w któregoś z zawodników Puchonów. Usiłowałem wypatrzeć ich szukającego, ale w tym deszczu widoczność była mocno ograniczona.
-Kafel przejęła Flight, bez problemu wymija po kolei wszystkich zawodników Krukonów. – Komentował jak zwykle pełen entuzjazmu młody chłopak. – Podanie do Jude. Zbliżają się do obręczy Ravenclaw’u. -10 punktów dla Hufflepuff’u! – Słowa te zaginęły w ogólnym okrzyku radości ze strony trybun Puchonów.
Tuż obok mnie przemknął nowy szukając naszej drużyny, Chad Smith uczęszczał dopiero do trzeciej klasy, ale Ann postanowiła dać mu szansę. Na razie nie spisywał się rewelacyjnie, jak i większość składu. Pałkarze przeciwników nie dawali wytchnienia, Look i Morgan wczuli się w swoje role najlepiej jak potrafili. Miałem pełne ręce roboty, na szczęście Colin Cash, drugi z naszych pałkarzy radził sobie nad wyraz dobrze. Panował nieprzyjemny chłód, co właśnie zaczynałem odczuwać. Ręką, którą trzymałem miotłę zdążyła zdrętwieć. W dodatku ślizgała się na śliskim nasiąkniętym wodą drewnie. W normalnych warunkach uwielbiałem wzbijać się w powietrzu, czuć ten wiatr we włosach i wzlatywać gdzieś wysoko, obserwować wszystko z góry. Czułem się wtedy wspaniale, byłem gotów przenosić nawet góry. Inaczej się sprawa miała w takich warunkach atmosferycznych. Nie byłem jednak przygotowany jeszcze na wszystko.
-Lane przy kaflu. – Oznajmił głos komentatora. – Świetny unik przed tłuczkiem. Podanie do Lee. Kapitan drużyny Krukonów chyba jako jedyna radzi sobie dobrze na boisku. Przy okazji świetnie wygląda w tych kolo… - Urwał, usłyszałem tylko cichy syk. Jak zwykle nie potrafił się opanować. Za chwilę komentował dalej. – Obniżyła lot, jeszcze niżej, co ona wyprawia? – Zdziwił się, ale najwyraźniej zaraz potem zrozumiał o co jej chodziło. – Wspaniały pomysł. Lee wzbija się w powietrze, tłuczek posłany przez Morgan’a uderza w ziemie. Jest już tuż tuż i… Tak! 10 do 10! Corrins nie miał najmniejszych szans.
Od tej chwili zaczęliśmy nieco przeważać nad przeciwnikami. Przynajmniej tak się nam zdawało. Kafel był głównie w naszym posiadaniu. Wprawdzie obrońca Hufflepuff’u zdołał odeprzeć każdy atak, ale i tak byliśmy dobrej myśli. Największy wkład w mecz niewątpliwie był ze strony Anny. To głównie ona stawała naprzeciwko Corrins’a.
-Morgan odbija tłuczek, który leci wprost w Smith’a. Szukający Ravenclaw’u jest w nie lada opałach. – Dopiero teraz zauważyłem co się dzieje.
-Cholera – zakląłem pod nosem ruszając w odpowiednim kierunku. Nie zdążę. Gdzie do diabła jest Cash? Powinien go pilnować.
-Uuu… To musiało boleć – zawył, a na same słowa, które wypowiedział przeszły mnie po plecach ciarki. – Zdołał się utrzymać na miotle, najwyraźniej jest gotów do dalszej gry.
Krople uderzały mnie w twarz, wyglądało na to, iż ulewa się pogarsza. Miałem tylko nadzieje, że ten mecz skończy się zanim zawierucha rozszaleje się na dobre. Nie miałem ochoty ganiać na miotle w czasie olbrzymiego wiatru, czy oberwania chmury. Przynajmniej nie zanosiło się na… W tym momencie gdzieś w oddali usłyszałem grzmot… Na burzę. Westchnąłem głośno. To nasz pierwszy mecz w nowym składzie, naprawdę nie mogła być ładna, słoneczna pogoda? Grałoby im się zdecydowanie lepiej, a tak. Jedyna Anna, która potrafiła przeciwstawić się tym żywiołom, reszcie wychodziło to raczej średnio.
-Lee ponownie przy kaflu. Leci wprost na Look’a. – Patrzyłem na to co robi. Przerzuciła kafla do drugiej dłoni, tamtą pospiesznie chwytając miotłę. Uśmiechała się lekko pod nosem. Do Nash’a leciał tłuczek, przygotowywał się już do ataku. Co ona wyczynia, ma ochotę już skończyć grę? – Look odbija tłuczek wprost w szarżującą na niego ścigającą Ravenclaw’u! – W tym momencie Anna wykonała zgrabny zwrot, uchyliła się przed zbliżającym się niebezpieczeństwem, wyminęła pałkarza i rzuciła w jedną z obręczy. – Cóż za wspaniała technika! Kolejne 10 punktów dla Krukonów! – Komentator nie długo zajmował się tym wynikiem, zaraz bowiem dostał kolejny temat do rozprawiania. Tłuczek, który został odbity przez Nash’a trafił bowiem kolegę z zespołu. – Wygląda na to, iż drużyna Puchonów zamierza wyeliminować siebie nawzajem. Nash trafił tłuczkiem swojego brata, który teraz ma nie lada trudności, aby utrzymać się w powietrzu.
Dobra nasza. Krążyłem ciąż tuż koło naszych obręczy gotowy zaatakować w każdej chwili. Co jakiś czas odbijałem tłuczek w stronę któregoś z graczy przeciwników. Cash natomiast trzymał się bliżej środka boiska, tym razem dobrze pilnował szukającego. Swoją drogą skoro o nim mowa to gdzie się podział? Przeleciał tuż koło trybun, zaraz za MacKirk, szukającą Puchonów. Coś błysnęło, a może to mi się zdawało? Nie… Cholera, mają znicz.
-Colin! Do mnie! – Chłopak najwyraźniej zrozumiał, gdyż momentalnie dobrał się do jednego z tłuczków, który poszybował wprost w moją stronę. – Spróbuj tego… - Silny zamach i kula poleciała wprost w Darie MacKirk. Nie doceniłem jej, skutecznie wyminęła ją. Atak nieskuteczny.
-30 do 10! – Krzyki po stronie Ravenclaw’u. Tam gdzie zasiadało najwięcej uczniów z tego domu tym razem nie były tak rozentuzjazmowane, najwyraźniej i oni widzieli co się dzieje. Daria była zdecydowanie lepsza niż Chad, miała nad nim wielką przewagę i to właśnie ona powoli, aczkolwiek systematycznie zbliżała się do znicza pozostawiając drugiego szukającego w tyle.
Nie zastanawiając się zbyt długo pomknąłem w kierunku kolejnego tłuczka, który już zbliżał się stronę naszego obrońcy. W tym samym czasie Anna po drugiej stronie boiska ponownie zmyliła pałkarzy Puchonów. Miała dziewczyna w tym wprawę, śmigała po boisku jak jej się podobało, nie zwracając uwagi na żadne przeszkody. Tym razem muszę zaatakować celnie. Tłuczek leciał bardzo szybko, ale jeśli wziąłbym go od boku i uderzył pod odpowiednim kątem. Jak postanowiłem, tak też zrobiłem, a raczej chciałem zrobić. Przeceniłem swoje możliwości. Tłuczek uderzył w pałkę z taką siłą, iż nie byłem w stanie utrzymać jej w ręce. Odleciała kilka metrów dalej, opadając na ziemię.
-Szlag! – warknąłem.
Nie zdążyłem jej jednak po nią polecieć. Wszystko zaczęło dziać się tak pierońsko szybko, jak dla mnie za szybko. MacKirk prawie złapała znicz, Anna próbowała zbliżyć się do bramki Hufflepuff’u. Jak zwykle rzuciła kaflem celnie.
-40 do… - Nie dokończył, gdyż w tym momencie rozległ się ogromny wrzask po stronie kibiców Puchonów. Bałem się spojrzeć w stronę szukających, to mogło oznaczać tylko jedno. – 40 do 160. Wygrywa Hufflepuff! MacKirk złapała znicz!
Tak więc oto zakończył się pierwszy mecz w sezonie. Wielka porażka Ravenclaw’u. Wylądowałem. Z miotłą w ręku ruszyłem po pałkę, która wypadła mi dosłownie kilkadziesiąt sekund temu. Potem nie czekając na resztę ruszyłem do przebieralni. Nie tylko ja byłem w grobowym nastroju. Kiedy się przebieraliśmy nikt nie odezwał się choćby słowem. Miałem właśnie zamiar wyjść, gdy Lee zabrała głos. Chociaż zabrała to za dużo powiedziane.
-Za kwadrans spotkanie we wspólnym. – I tyle ją widziałem.

-Dobra chłopaki, to nie był najlepszy mecz jaki widziałam…- Siedziałem na jednym z foteli ze wzrokiem utkwionym za oknem. Oprócz nas zasiadało we wspólnym jeszcze paru innych Krukonów. Żaden z nich nie podszedł. Ponieśliśmy porażkę na całej linii. - To wszystko przez ta mgłę- Zwaliła wszystko na pogodę, ale wiedziałem co chcę powiedzieć. Nie trudno było się domyślić. Poprzedni skład był tysiąc razy lepszy. Na pewno nie przegrali by meczu z Hufflepuff’em.
-Nie. To wszystko nasza wina. – Odezwał się nagle Chad. Zastąpił Anne na miejscu szukającego, ale widać dotarło do niego, że nie sprawił się najlepiej. Przynajmniej potrafił przyznać się do błędu.
-On ma racje, to nie wina mgły to my jesteśmy do kitu.- Przytaknął jeden z czwartoklasistów, zajmujący pozycję pałkarza. Colin akurat całkiem nieźle sobie radził w nowej roli. Rozgorzała wrzawa, wszyscy zaczęli opowiadać jacy byli beznadziejni i co było nie tak.
-Ej ludzie….Hej! Słuchać mnie!- Wrzasnęła. Wreszcie ucichli.- Jeśli już jest to czyjaś wina to moja, bo to JA was wybrałam. Zrozumiano?- Pokiwali zgodnie głowami.- I co z tego że przegraliśmy?
-Z Puchonami! Toż to żenada Ann!- Wyrwałem się. Obrzuciłem każdego obojętnym spojrzeniem. Anne w odpowiedzi tylko westchnęła, siadając w fotelu naszego pokoju wspólnego.
-Macie racje. Było okropnie. Lepiej wam z tym? Hm?- Patrzyliśmy na nią w milczeniu z niewyraźnymi minami. – Jeśli nie weźmiecie się w garść do meczu z Ślizgonami, rezygnuję.- Wyraz twarzy każdego zmienił się na zaskoczony.
-Jak to?- Andrew, chłopak z piątej klasy obsadzony na pozycji obrońcy aż podniósł się słysząc jej słowa.
-Właśnie tak. Nie mam zamiaru przejść do historii jako najgorszy Kapitan drużyny Krukonów.- Wstała i powędrowała do dormitorium. Nikt nie ruszył się za nią. Każdy siedział odprowadzając ją wzrokiem. We wspólnym zapanowała grobowa cisza.
-Do następnego meczy trochę czasu. Zdążymy poćwiczyć i się zgrać. Będzie lepiej. – Nie wiem skąd się wziął u mnie ten optymizm, ale były to ostatnie słowa jakie wypowiedziałem tego dnia. Przez resztę niedzieli siedziałem zaszyty w dormitorium chcąc odciąć się od świata. Współlokatorzy usiłowali mnie jakoś podtrzymać na duchu, ale nie bardzo im to wychodziło.

r-a-v-e-n 2005-11-11 11:06:30
skomentuj (4)




Lay by Undomiel from Szablony Undomiel
Picture by Liv